środa, 6 lipca 2011

Prawie pod sudańską granicą

Dziś trochę z innej paczki. Pogoda za oknem nie nastraja pozytywnie, jak Polska długa i szeroka. Dlatego dziś postaram się Was trochę rozweselić, pokażę zdjęcia z naszego ostatniego urlopu, bo miejsce wydaje mi się tego warte. Rzecz miała miejsce niedaleko (?) granicy Egiptu i Sudanu, nad Morzem Czerwonym. Piękny, dziewiczy i pustynny teren, na którym co kilkanaście kilometrów zaczynają powstawać wielkie kompleksy hotelowe. Wyobraźcie sobie, ile trzeba włożyć wysiłku, nie mówiąc o kasie, żeby na żywej pustyni postawić hotel, zagospodarować zieleń i stworzyć taką zieloną oazę? Dla mnie wręcz wydaje się to niemożliwe, - a jednak! Ludzie - Egipcjanie, których poznaliśmy, bardzo, bardzo przyjaźni. Ale to chyba akurat według zasady "Jak Kuba..." Nie, nie była to podróżnicza wyprawa z plecakami. Był to zorganizowany regularny urlop w 5*hotelu Sol Y Mar Abu Dabbab, lotnisko w Marsa el Alam. Byłam już w wielu miejscach, zarejestrowałam w pamięci wiele pięknych obrazów, ale to, co widziałam tam.....zobaczcie zresztą same:







Ogólnie, niezapomniany czas. Błogie lenistwo, dziewicza rafa koralowa, kryształowo czysta woda, czułam się jak bohaterka "Błękitnej laguny". Pewnie, nie były to Malediwy, ale wspomnienia - bezcenne:)

Pozdrawiam,
Bea